Dzień 6 /
Soup of Mallorca / Santa Ponca
Odwiedzamy dziś restaurację nieopodal pola namiotowego. Raczek chcąc
spróbować lokalnej kuchni zamawia brzmiącą obiecująco "Soup of
Mallorca". Nie ukrywa swojego rozczarowania, gdy kelner
przynosi mu zupę do złudzenia przypominającą polski bigos, może
tylko bardziej rozwodnioną. "Que passa bigos" – podsumowuje swoją
nieudaną przygodę kulinarną Rakitto.
Wieczorem kolejny raz
odwiedzamy Santa Ponce, poinformowani przez Michałów o odbywającej
się tam Fieście. Mają być zgaszone miejskie latarnie, mrok, diabły, ognie, dźwięk pił mechanicznych i wiele innych atrakcji.
Zastajemy rozstawioną scenę, na niej orkiestrę, pod nią garstkę
widzów. Frekwencja jak na obchodach dnia żeglarza w Czechach. Na
domiar złego po dwóch utworach orkiestra kończy występ. Jest 23,
jedziemy do Palmy, spacerujemy po mieście, niewiele się dzieje.
Pijemy piwo pod katedrą La Seu i wracamy do Lluc. Nasze fiestowanie
skończone.
Dzień
7 / - rekreacyjne spożywanie Sangrii
Dzień 8 / Sa
Calobra / podróż
na wschód / noc w busie
Mamy dość deszczu i
górskiego chłodu, postanawiamy opuścić Lluc, naszą bazę
wypadową i udać się w cieplejsze, nizinne rejony. Skoro świt (u
nas to około 11) składamy namioty, pakujemy się do Vito i
wyruszamy na plażę Sa Calobra.
Po drodze, "ścigając" się z
kolarzem, pokonujemy najbardziej efektowne serpentyny na całej
Majorce. W niektórych miejscach jest wąsko do tego stopnia, że dwa
samochody osobowe nie mogą się minąć. Jedziemy dość szerokim
busem i natrafiamy na około 12 autokarów, wspinających się w
przeciwnym kierunku, których kierowcy prowadzą na zupełnym luzie,
jedną ręką.
Sa Calobra |
Plaża usytuowana jest w
ciekawym miejscu, między dwoma wysokimi klifami. Aby się na nią
dostać pokonujemy tunele, wydrążone w skalnych szczelinach. Na
brzegu, jak i w wodzie nie ma piasku, są za to nieduże, zaokrąglone
kamienie, po których bardzo ciężko się chodzi boso, ale za to
bardzo wygodnie na nich leży, nawet bez ręcznika. Fale są bardzo
duże, do tego stopnia, że nie można zachować równowagi stojąc
po kolana w wodzie. Woda zmywa mnie, przeciągając po dnie. Chcę
więcej. Wypływamy dalej i unosimy się w górę i w dół, w górę
i w dół. Zostaję w wodzie najdłużej ze wszystkich. Wychodzę z
wody i dowiaduję się, że Marta podtopiła się niedaleko brzegu. Dwa
klify po bokach plaży spowodowały, że Marta nie mogła wrócić do
brzegu, fale jej to uniemożliwiały. Paweł, próbując ją uratować
sam opił się wody.
Dwadzieścia minut po
całej sytuacji przyglądamy się z Arnim i Raczkiem bardzo ładnej
dziewczynie, stojącej w wodzie i czekającej na fale. Żartuję
nawet, że chętnie bym ją uratował. Dosłownie chwilę później
mam szansę spełnić swoje nierozsądne życzenie. Fala zwala dziewczynę z nóg,
tak że jest na powierzchni wody bokiem, kolejna zabiera ją
gwałtownie pod sam klif. Biegnę szybko w jej stronę, jest
na wyciągnięcie ręki. Już ją chwytam. Za późno. Kolejna fala
porywa ją do tyłu, widzę tylko jak uderza tyłem głowy o klif,
sam tracę orientację, mnie też zabiera fala. Kiedy wstaje w
miejscu gdzie powinno znieść tę dziewczynę jest tylko woda.
Myślę, że już po wszystkim. A brakowało tak niewiele. Na szczęście
dziewczynę woda wyrzuca bliżej brzegu, są już przy niej moi
znajomi. Pomagamy jej wyjść na brzeg, nie czekając na kolejne
fale. Jest w szoku. Jej chłopak podchodzi dopiero na koniec, po wszystkim, do tej
pory stał i patrzył, nie zdjął nawet z szyi aparatu…
Po odpoczynku idziemy z
Arnim i Raczkiem do wody, na wszelki wypadek trzymamy się blisko
siebie. Raczek wraca, zostajemy we dwójkę. Nie dowierzając
dostrzegamy wchodzącą do wody Agatę. Płynie w naszym kierunku.
Chce wypłynąć z cienia rzucanego przez klif na głębszą wodę.
Najgorsze jest to, że pływa ona tylko pieskiem i nawet w polskich
jeziorach nie wypływa sama daleko. Mówię, żebyśmy płynęli na
wszelki wypadek w jej kierunku. Jeszcze nie zdaję sobie sprawy, że
sytuacja będzie aż tak dramatyczna. Prosimy Agatę, aby
zawróciła. Ona to lekceważy. Arni wraca do brzegu. Pływamy jakiś
czas. Wreszcie postanawiamy wracać. Płynę obok niej, ale próby powrotu na
brzeg są nieudane. Chcę pomóc ale nie bardzo wiem jak się do tego
zabrać. Cała moja wiedza pochodzi z serialu Słoneczny Patrol i na
niewiele się zdaje w sytuacji realnego zagrożenia. Próbuję popychać Agatę w stronę brzegu
w momencie, gdy jest na górze fali, potem holować ją trzymając za ramię. To na nic. Pokazuję ręką, że potrzebujemy pomocy. Płynie w
naszą stronę Raczek. Agata traci resztkę sił, „ratuj mnie” –
słyszę. Staram się być jak najbliżej niej, ale sam już jestem
coraz bardziej wyczerpany. Nagle znajdujemy się pomiędzy dwoma
wielkimi falami (wiem to z późniejszego opisu innych). Biorą nas w kleszcze. Jest to krytyczny
moment. Topimy się. Nie mogę wypłynąć, Agata trzyma mnie pod
wodą. Sekundy mijają, potrzebuję tlenu. Wreszcie udaję mi się uwolnić. Wypływam, ona na szczęście też. Nie mam już
zupełnie sił aby jej jakkolwiek pomóc. Czuje bezsilność. Do
Agaty podpływa jakiś mężczyzna, każe jej położyć rękę na
bark i w ten sposób holuję ją do brzegu. Ja dopływam o własnych
siłach. Udało się. Żyjemy.
Plażę Sa Calobra opuszczamy po niecałych trzech godzinach. Przez tak krótki czas pomocy potrzebowało tam około siedem osób.
Po
zmroku docieramy na pole namiotowe na wschodzie wyspy. Warunki wydają
się być idealne. Dużo miejsca, biwakowa infrastruktura - boisko,
prysznice, rozstawione puste namioty. A przede wszystkim wyższa
temperatura niż w górach. Naszą radość psuje strażnik, który
zjawia się dziesięć minut po naszym przyjeździe, aby oznajmić
nam, czystym hiszpańskim, że rozbijanie namiotów, ze względu na
suszę, jest PROHIBIDO i musimy jechać, bo będą PROBLEMAS z
tutejszymi GUARDIA.
Nie
znajdując dogodnego miejsca na nocleg śpimy w busie.
Dzień
9 / „Jestem Legendą” / fani futbolu /
nielegalny camping
Po średnio komfortowym
noclegu ruszamy w trasę. Przejeżdżamy przez nieduże miejscowości
w centrum wyspy. Stwarzają one wrażenie wyludnionych. Okiennice są
pozamykane. Obraz przywołujący na myśl klimat filmu „Jestem
Legendą”. Przy bocznej drodze rozgrywamy mecz siatkówki bez
siatki, ale za to z piłką.
Po południu jesteśmy w
Palmie. Spełniamy marzenie Arniego, aby odwiedzić hipermarket Al
Campo (w Polsce Auchan). Opłaca się to nam. Kupujemy tam butlę z
gwintem, pasującą do naszej kuchenki.
W Palmie oglądamy stadion drużyny RCD Mallorca. Przez przypadek (akurat była godzina zamknięcia stadionu) zostajemy uwięzieni na jego terenie. Aby się wydostać pokonujemy
wysokie ogrodzenie.
Jedziemy do Santa Poncy i
rozbijamy camping na parkingu, nieopodal Małej Plaży. Rozstawiamy
kuchenkę odgradzając ją od wiatru karimatą.
Dzień 10 / Cala Romantica
/ Auto Safari Park w Sa Coma
Dzień 11 / Aqua park /
lotnisko
Ostatniego dnia odwiedzamy
aquapark. Warto zaliczyć kilka
naprawdę niezłych zjeżdżalni, między innymi black hole bez oświetlenia,
czy bardzo szybką „cebulkę”. Do tego Kamikaze, z wyglądu
najbardziej niebezpieczne, które nas omija, bo jak się
okazuje czynne jest tylko do godz 13. Na szczęście cały czas
świeci słońce, gdyby niebo było zachmurzone, mogłoby być o
wiele mniej komfortowo, ponieważ cały aquapark jest odkryty. Czynny
jest do 17. Odstawiamy wszystkich na lotnisko, po czym ja z
Pawłem jedziemy oddać auto. Pracownik wypożyczalni nawet go nie
ogląda i nie sprawdza ile jest w baku, po prostu bierze kluczyki.
Robimy zakupy w Eroskim i jedziemy autobusem linii 102 najpierw do
Palmy, następnie linią 1 na lotnisko. Trzeba uważać, bo rozkład
na przystankach rozpisany jest z dwóch stron tabliczki na oba
kierunki jazdy, więc łatwo się pomylić.
Samolot mamy następnego dnia rano więc decydujemy się na nocleg na lotnisku. Nie ma problemów z noclegiem, jest dużo miejsca na podłodze, panuje cisza. Aktualne warunki polecam sprawdzić na stronie: www.sleepinginairports.net. Rano odlatujemy.
Koszty:
Nasz mocno budżetowy wyjazd kosztował mnie niecałe 1500zł, z czego ok 450zł
przeznaczyłem na zrzutkę na wynajem auta z benzyną, 270zł na przelot w obie
strony z bagażem, 217zł na wejściówki, reszta poszła na jedzenie
i alkohol.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz